Jak automatyczna pralnia pomogła wykryć konstruktorów bomb IRA

dodał 21 lutego 2015 o 19:41 w kategorii Wpadki  z tagami:
Jak automatyczna pralnia pomogła wykryć konstruktorów bomb IRA

Nieszablonowe okoliczności wymagają nieszablonowych rozwiązań. W walce z miejską partyzantką zawodzą standardowe techniki wojskowe czy policyjne. Brytyjskie służby specjalne w zmaganiach z IRA musiały sięgnąć po bardziej szalone pomysły.

Czy pralka może złapać terrorystę? To z pozoru absurdalne pytanie nabiera nowego wymiaru w kontekście opowieści byłych funkcjonariuszy SAS o tym, jak wiele lat wcześniej łapali zamachowców z IRA. Po pomoc brytyjskich ekspertów od zwalczania miejskiej partyzantki sięgnąć musiała amerykańska armia, uwikłana w konflikt w Iraku. Według The Washington Post około roku 2007 oficer SAS opowiedział amerykańskim wojskowym o kilku skutecznych metodach, stosowanych wiele lat wcześniej w Irlandii Północnej.

Pralnia metodą walki z terroryzmem

Zamachy bombowe w Belfaście były ogromnym problemem brytyjskich służb. Życie tracili w nich zarówno funkcjonariusze jak i cywile, a policja, wojsko i wywiad nie potrafiły wyeliminować autorów zamachów. Brytyjczycy wiedzieli, że muszą znaleźć zarówno twórców bomb jak i miejsca, w których bomby powstają. W tym celu założona została… pralnia. Zakład został obsadzony zarówno lokalnym personelem jak i agentami służb specjalnych. Wytypowane ulice zostały obdarowane kuponami umożliwiającymi skorzystanie z dużych zniżek (np. dwa prania w cenie jednego). Kupony były podzielone kolorami, które przyporządkowano do odpowiednich ulic na specjalnej mapie. Kiedy do pralni zaczęły trafiać pierwsze porcje ubrań do czyszczenia, nie wędrowały one od razu do pralek, a zaczynały cykl prania od specjalnej maszyny znajdującej się w podziemiach. Wyglądająca jak jedna ze zwykłych wielkich pralek, była w rzeczywistości czułym mechanizmem szukającym śladów materiałów wybuchowych.

Scena krwawego zamachu IRA w Omagh

Scena krwawego zamachu IRA w Omagh

Każde spodnie, koszula, prześcieradło czy narzuta przed ich porządnych upraniem i uprasowaniem trafiały do analizatora. Po kilku tygodniach działania pralnia odnotowała kilka trafień. Po przyporządkowaniu kuponów do odpowiednich ulic rozesłano następną partię kuponów rabatowych – tym razem już numerowanych. Dzięki nim po pewnym czasie służby znały już konkretne adresy, pod którymi pojawiały się ślady materiałów wybuchowych. Adresy te poddano dodatkowej weryfikacji a następnie przeszukaniu przez oddziały SAS. Zatrzymano podejrzanych a w trakcie całej akcji nikt nie zginął ani nie został ranny.

Prosto, tanio i skutecznie

Trzeba przyznać, że pomysł był genialny w swojej prostocie. Nie mogąc prowadzić takiej analizy bez bezpośredniego dostępu do ubrań podejrzanych, służby sprawiły, że to podejrzani (lub ich bliskie osoby) sami dostarczyli swoje ubrania do analizy. Metoda gwarantowała również wysoki poziom trafności – błędy pierwszego rodzaju (false positive) były bardzo ograniczone i mogły zostać dodatkowo zweryfikowane. Oczywiście w założeniu mogło być wiele błędów drugiego rodzaju, czyli część zamachowców mogła prać swoje rzeczy w domu, ale każdy złapany był wielkim sukcesem organów ścigania a koszt stworzenia pralni nie był zbyt wysoki (do tego mogła generować zyski).

Inna historia opowiedziana rzekomo w trakcie tego samego szkolenia dotyczyła Gerry’ego Adamsa, lidera Sinn Féin. Służby dowiedziały się, że ma on zwyczaj rozmawiać o ważnych sprawach poza swoim domem, najchętniej w fabrycznie nowych samochodach. W związku z tym podobno brytyjskie służby zamontowały podsłuchy w każdym nowym samochodzie dostarczonym do Irlandii Północnej. Wydaje się Wam to niemożliwe? Zanim wydacie swoją opinię poczytajcie o tym, ile różnych podsłuchów odkryto przez przypadek w domach, samochodach i innych miejscach, gdzie bywał Gerry Adams. Jak słusznie zauważa The Grugq: nigdy nie lekceważ zasobów, którymi dysponuje rządowy przeciwnik.