Nagła śmierć irańskiego elektryka w drodze do pracy pod Amsterdamem

dodał 9 czerwca 2018 o 20:56 w kategorii Prawo  z tagami:
Nagła śmierć irańskiego elektryka w drodze do pracy pod Amsterdamem

Ali postanowił normalnie żyć w swojej nowej ojczyźnie. Miał wykształcenie, w Holandii potrzebowano elektryków. Znalazł pracę, poznał  dobrą muzułmankę, z którą założył rodzinę. A po 30 latach upomniało się oń przeznaczenie.

Policjanci, wezwani do strzelaniny na przedmieściu Amsterdamu, byli przekonani, że porządki w swoich rewirach robią handlarze konopi indyjskich. Ali Motamed był doświadczonym elektrykiem, podejrzewali więc, że zajmował się konserwacją instalacji w nielegalnych hodowlach zioła, a kto wie – może nawet miał w takiej udziały. Ale w spokojnej Holandii handlarze lewym suszem nie są rozstrzeliwani przez dwóch zabójców. Śmiertelnie ranny elektryk stał się zagadką, z którą funkcjonariusze prowincjonalnej komendy policji mogli sobie nie poradzić.

1965, Iran

Mohammad Reza Pahlawi rządził już 24 lata. Z punktu widzenia świata zachodniego był człowiekiem otwartym, nowoczesnym i wspierał demokratyzację swojego państwa. Odważnie czynił kroki, by dać prawa wyborcze kobietom, ograniczyć wpływ religii na życie obywateli, reformować rolnictwo. Jednak już od dawna Iran stał się monarchią sterowalną przez amerykańskie i brytyjskie służby specjalne. Szach przeszedł przemianę – z łagodnego, śmiesznego dla własnego narodu przywódcy stał się autorytarnym, krwawym władcą.

Tajna policja (SAWAK) miała podstawowy cel – zwalczać opozycję. Doskonale sobie z tym radziła, a jej specjaliści wspierani byli przez fachowców z CIA oraz SIS. Amerykańskie służby działały w Iranie z rozmachem, dbając o to, by prawowity władca państwa rządził stabilnie oraz by nikt nie zagroził amerykańskiemu prawu do korzystania z 40% irańskiej ropy.

Obywatele Iranu gromadzili się, demonstrowali, strajkowali, jednak opozycję konsekwentnie dławiono. Niepokornych prześladowano, więziono, torturowano i mordowano. Ryszard Kapuściński w „Szachinszachu”* opisywał niektóre z tych metod, np. zawiązywanie przeciwników szacha w workach, w których znajdowały się wygłodzone drapieżniki lub węże.

Wtedy powstał m.in. ruch Ludowych Mudżahedinów, organizacja, której działacze wymieszali ideologię marksistowską z doktryną szyicką. Taka mieszanka z perspektywy czasu może wydawać się kuriozalna, ale prostemu ludowi Iranu wszystko wydawało się lepsze od wszechwładzy tajnych służb. Pełna, prawidłowa nazwa formacji to Organizacja Bojowników Ludowych Iranu. Jej cel – walka z monarchią i amerykańskimi wpływami w Iranie. Dla prostych Irańczyków te dwa pojęcia były równoważne.

Lata 70, Iran

1971 – to rok, w którym OBL zostało rozbite w proch. Z liderów ruchu przeżył tylko Masud Radżawi i to jemu pozostało bić się o przywództwo formacji. Maoiści walczyli z islamistami okrutnie, metodami, jakich nauczył ich SAWAK. Wreszcie Radżawi przejął władzę w OBL. Gdy z wygnania swoje antyimprerialistyczne (tzn. antyamerykańskie i antyizraelskie) nauki głosił ajatollah Chomejni, mudżahedini Radżawiego poparli go wszystkimi siłami i środkami, którymi dysponowali.

W 1979 pod hasłami świętej wojny z wrogami islamu obalono władzę szacha, a wraz z nią zlaicyzowanych, skorumpowanych urzędników. Szach z żoną uciekł za granicę, a z emigracji wrócił ukochany ajatollah irańskiego ludu – Ruhollah Chomejni. 1 kwietnia Rada Rewolucyjna proklamowała Islamską Republikę Iranu, ludzie świętowali i OBL również – mudżahedini chcieli teraz swojego kawałka tortu.

Ale rok później Chomejni nie zaakceptował kandydatury na prezydenta człowieka, który tyle lat go wspierał i prowadził walczącą o nowy Iran organizację. Masud Radżawi powinien był się tego spodziewać po tym, jak hardo odmówił ucałowania ręki przywódcy.

Hafte Tir, 1981, Teheran, Iran

Oczywiście nie chodziło tylko o nadto dumny gest Radżawiego. Chodziło o władzę, o konflikt między bezpośrednimi zwolennikami ajatollaha Chomejniego a „zarażonymi marksizmem” mudżahedinami. Radżawiego popierała opozycja wobec duchowego przywódcy Iranu, a taki kandydat nie był Chomejniemu potrzebny. Radżawi konsekwentnie walczył o władzę. W wyborach do parlamentu Radżawi zgarnął ponad pół miliona głosów, a jego ludzie w sumie z nim ponad 900 tysięcy.

Mudżahedini są gorsi od niewiernych” – grzmiał na wiecach Chomejni. OBL mimo sukcesu w demokratycznych wyborach stało się dla ajatollaha wrogą organizacją opozycyjną, której działalności należało zakazać. Rewolucja zaczęła zżerać własne dzieci, terror kwitł, mnożyły się niepokoje, demonstracje i zamieszki.

28 czerwca, czyli 7 (Hafte) dnia czwartego miesiąca (Tir) wg kalendarza irańskiego, doszło do zamachu w siedzibie Partii Republikańskiej Iranu. Wybuchły dwie bomby dokładnie wtedy, gdy siedzibę zapełniali liderzy PRI. Zginęły 73 ważne osobistości, w tym ajatollah Beheshti, przywódca partii i minister sprawiedliwości, a przede wszystkim prawa ręka Chomejniego, człowiek nr 2 w Iranie. Zabity został też nowo wybrany prezydent oraz premier, a także 14 kolejnych ministrów i 27 deputowanych.

źródło https://twitter.com/hassanvand/status/731560779569319938

Chomejni natychmiast wskazał mudżahedinów jako winnych zamachu. Organizacja nigdy nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła swojemu udziałowi w tym zdarzeniu, acz Radżawi wypowiadał się otwarcie, że trudno się dziwić, że ktoś dokonał zamachu, w naturalny i oczywisty sposób reagując na okrucieństwa reżimowe.

Śledztwo wykazało, że za wykonanie zamachu osobiście odpowiadał młodziutki student elektryki, pracujący w PRI jako akustyk, członek organizacji Ludowych Mudżahedinów, Mohammad-Reza Kolahi, który wniknął w szeregi wroga, by we właściwym momencie zadziałać. Nie został złapany. Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu niczym dym po eksplozji.

2015, Almere, Holandia

Almere jeszcze nie tak dawno było przedmieściem Amsterdamu, dziś to samodzielne, duże miasto. Jasne domy, proste ulice, trochę zieleni. W grudniowy poranek działają oczywiście latarnie miejskie, inaczej byłoby całkiem ciemno. 15 grudnia, 6.45. Odgłos strzałów bardziej ciekawi, niż przestrasza. Ale na ulicy leży ciało i zaniepokojony sąsiad Alego Motameda podbiega sprawdzić, co się stało.

Ciężko rannego Motameda zgarnęło pogotowie. Ratownicy byli przejęci i porażeni rozległością obrażeń pacjenta, robili, co mogli, ale nie mogli za wiele. Rany okazały się śmiertelne – Ali zmarł chwilę po przewiezieniu do szpitala.

Zabójcy wysiedli z granatowego BMW, które czekało od wieczora zaparkowane niedaleko domu ofiary. Na nagraniach monitoringu miejskiego widać, że kręcili się tam od dawna. Motamed wychodził do pracy, wsiadał do białego furgonu z napisem „Eneco”. Właśnie tam na co dzień pracował, w Eneco, i tego dnia jak zawsze przed 7 zbierał się do pracy. BMW płonęło na niedalekim parkingu. Było kradzione.

Policjanci zaczęli zbierać fakty, próbując ustalić, dlaczego stateczny pan ze skrzynką narzędzi w ręku został śmiertelnie postrzelony. Ali Motamed przebywał w Holandii ponad 30 lat. Przyjechał jako uchodźca polityczny w 1980. Zyskał prawo stałego pobytu mniej więcej 10 lat później. Wkrótce potem ożenił się z Afganką, emigrantką taką jak on. Osiedlili się na obrzeżach Amsterdamu, a w 1998 urodził im się syn. Nic w jego holenderskim życiu nie wydawało się podejrzane ani nawet dziwne. Zrozpaczona i zszokowana rodzina na wszystkie pytania odpowiadała, że nic nie wiedzą, nic nie rozumieją, Ali nie prowadził żadnej przestępczej działalności ani nie robił nic złego.

Zebrano zeznania świadków, przeanalizowano zapisy monitoringu, sprawdzono sieci komórkowe. Ustalono, że w granatowym BMW były dwie osoby: mocno zbudowany mężczyzna o wzroście około 180 cm, pochodzący być może z Antyli lub Surinamu oraz drobniejszy, ok. 170 cm, prawdopodobnie z Maroka. Podejrzani korzystali z telefonów Blackberry, wielokrotnie łącząc się z nich w jednym rejonie. W śledztwie stwierdzono też, że wielokrotnie w tej sprawie wykorzystywany był e-mail Martha.c.Jaquez@gmail.com. Z braku jakichkolwiek wskazówek dotyczących uwikłania ofiary w działalność przestępczą, sprawdzono przeszłość zabitego. Wreszcie pojawił się powód, by zwrócić się po dodatkowe wyjaśnienia do żony Alego, mevrouw Motamed.

Pani Motamedowa początkowo zasłaniała się całkowitą niewiedzą o przeszłości męża. Nie wiedziała nic, nie domyślała się niczego, mąż jej nie mówił. Po jakimś czasie jednak zmieniła zdanie. Ich ukochany syn miał dwa latka, gdy małżonek zdradził jej, kim naprawdę jest i jaka jest jego przeszłość. Musiał to zrobić – wtedy właśnie w prasie irańskiej ukazały się jego zdjęcia. Fotografie były uzupełnieniem listu gończego, w którym widniało nazwisko inne niż Ali Motamed. Mohammad-Reza Kolahi – to był podpis pod zdjęciami. I była jeszcze informacja o tym, że ciąży na nim odpowiedzialność za śmierć 73 osób. I że ma na nim zostać wykonany wyrok śmierci przez powieszenie.

źródło: https://theiranproject.com/blog/2013/12/24/mko-terrorists-behind-iran-bombings-seen-in-germany/

Ali, widząc swoją podobiznę kolportowaną w krajach arabskich i domyślając się, że rozpowszechniana jest ona również w Europie, zaczął bać się nie o swoje życie, a swojej rodziny. O życie syna musieli teraz troszczyć się oboje – i on, i małżonka. Dlatego zdradził ukochanej żonie swoją tajemnicę.

Mohammad-Reza Kolahi do Holandii przyjechał w 1980 roku, posługując się fałszywą tożsamością Alego Motameda. Zbadał grunt, przygotował sobie kryjówkę i rok później pojawił się w Teheranie, udzielając się gorliwie przy organizowaniu zjazdu Partii Republikańskiej Iranu. Nie działał tam sam, miał wspólnika, Massouda Kashmiri. To Kashmiri wniósł wtedy do sali obrad walizkę z ładunkiem wybuchowym. Wspólnicy, upewniwszy się, że zamach udał się w każdym szczególe, uciekli z kraju, myląc policję i zaszyli się w Europie Zachodniej.

Od tej pory już jako Ali Motamed żył skromnie i pracowicie w kraju odległym od Iranu, niczym się nie wyróżniał, dbał o anonimowość. Udało mu się o ponad 34 lata opóźnić wykonanie wyroku śmierci. Aż do 15 grudnia 2015. Wtedy o Alego Motameda, czyli Mohammada-Reza Kolahi, upomniało się przeznaczenie.

Assalamu allajkum ła rahmatullah, Mohhamad.*

* Król królów – tytułu tego używała w XX dynastia Pahlavi.
** Pokój i miłosierdzie Allaha niech będą z tobą – formuła modlitwy za zmarłego.
Dziękuję Dominice Piotrowskiej-Kuipers i Adrianowi Kuipers za pomoc w zrozumieniu holenderskich informacji.