Organizatorzy zamachu bombowego wpadli przez wnikliwą analizę bilingów

dodał 17 lutego 2015 o 20:39 w kategorii Mobilne  z tagami:
Organizatorzy zamachu bombowego wpadli przez wnikliwą analizę bilingów

W przypadku wielu zamachów bombowych ustalenie tożsamości sprawców było niemożliwe. W tej jednak historii profesjonalnych zamachowców zgubiły ich telefony komórkowe, które zostawiły śledczym mnóstwo wskazówek.

14 lutego 2005 Bejrutem wstrząsnął ogromny wybuch. W zamachu bombowym przed hotelem Świętego Jerzego zginął były premier Libanu, popularny polityk Rafik Hariri oraz 8 osób z jego najbliższego otoczenia i ochrony a także 13 przypadkowych ofiar, które znalazły się zbyt blisko miejsca eksplozji. Mimo wielu przeszkód w ciągu 10 lat śledztwa udało się nie tylko zidentyfikować bezpośrednich sprawców zamachu, ale także wskazać ich mocodawców oraz ustalić przebieg wielomiesięcznej operacji, której celem było zabicie Rafika Hariri. Śledczy wszystkie odkrycia w tej sprawie zawdzięczają wyłącznie bazie danych lokalnych operatorów sieci komórkowej. Bilingi oraz informacje o lokalizacji setek telefonów zamachowców pozwoliły zrekonstruować cały ciąg wydarzeń, które doprowadziły do eksplozji 10 lat temu.

Fałszywy trop

Sprawcy zamachu włożyli wiele wysiłku w to, by sprowadzić śledczych na fałszywy trop. Krótko po zamachu do lokalnej redakcji Al Jazeery trafiła kaseta z nagraniem rzekomego zamachowcy – samobójcy Ahmada Adassa oraz list, w których tłumaczy on, że ofiara, sunnicki polityk, zdradził swój lud i musi zginąć. Sam domniemany zamachowiec również był sunnitą. Rodzina zamachowca nie uwierzyła w nagranie. Adass był bardzo cichym, prostym i spokojnym studentem, który zaginął kilka tygodni wcześniej. Nie był to jednak najmniej pasujący element układanki. Zamachowiec musiał wykazać się dobrymi umiejętnościami prowadzenia pojazdów, a Adass nigdy nie kierował samochodem, nie jeździł nawet na rowerze. Co więcej, na miejscu zamachu nie znaleziono ani śladu DNA Adassa. To był dopiero początek zagadek.

Śledztwo prowadziły Narody Zjednoczone. Holenderscy eksperci poskładali szczątki pojazdu zamachowca, towarowego Mitsubishi Canter. Ustalili numer silnika i doszli do tego, że pojazd został skradziony w Japonii, przez Zjednoczone Emiraty trafił do Libanu i tam został sprzedany w komisie w Trypolisie, przyczółku ruchu sunnickiego. Dwójka kupujących, których pamiętał diler, podała fałszywe dane i zapłaciła za pojazd gotówką.

Na miejscu wybuchu zidentyfikowano tysiące próbek DNA. Wszystkie należały do znanych ofiar zamachu – oprócz około 100 próbek, które należały do nieznanej osoby, lecz nie był nią Adass. Skala zniszczenia kawałków tego ciała wskazywała, że osoba ta znajdowała się w epicentrum wybuchu. Analiza izotopowa resztek ciała zamachowca pozwoliła ustalić, że ostatnie 6 miesięcy musiał przebywać w pobliżu broni – na szkoleniu lub w miejscu, gdzie odbywał się konflikt zbrojny. Największy kawałek jego ciała, który przetrwał eksplozję, to nos – jego kształt wskazywał na pochodzenie z Etiopii, Somalii lub Jemenu.

Śledztwo w tej sprawie należy do najdroższych w historii. Specjalny trybunał powołany do jego prowadzenia zajmuje cały siedmiopiętrowy budynek, skonstruowano specjalną, bezpieczną salę rozpraw bez okien, przez które może wlecieć rakieta, dowody (w tym zrekonstruowane pojazdy zamachowca i ofiary) przechowywane są w osobnym magazynie a w trakcie procesu oskarżenie korzysta z ogromnej makiety, gdzie zespół artystów odwzorował w najdrobniejszych detalach sceny przed i po wybuchu. Całe śledztwo kosztowało do tej pory 500 milionów dolarów – i pewnie to nie koniec wydatków. Liban oświadczył, że nie potrafi złapać pięciu wysokich rangą członków Hezbollahu, oskarżonych o przeprowadzenie zamachu, zatem cały proces odbywa się pod ich nieobecność.

Dzień zamachu

14 lutego 2005 o godzinie 10:41 spod pałacu, w którym mieszkał Rafik Hariri, wyruszyła kawalkada samochodów. Otwierała ją Toyota Land Cruiser z czterema gwardzistami Wewnętrznych Sił Bezpieczeństwa. Za nimi jechał czarny Mercedes S500 z prywatnymi ochroniarzami. Jako trzeci poruszał się Mercedes S600 prowadzony przez Hariri a za nim jeszcze dwa Mercedesy S500 z ochroniarzami oraz Chevrolet Suburban, przerobiony na karetkę. Trasę znał tylko szef ochroniarzy oraz kierowca pierwszego pojazdu – pozostali podążali jego śladem. Ochrona była wyposażona w broń krótką oraz łączność osobistą, a w pojazdach przechowywała również broń automatyczną, zagłuszarkę sygnałów radiowych oraz – zapewne na wszelki wypadek – granatnik.

Kolumna pojazdów dotarła pod budynek parlamentu, gdzie Hariri odbył godzinne spotkanie. O 11:56 Hariri wyszedł z budynku i podszedł do swojego samochodu. W tym samym momencie kilka telefonów z okolic parlamentu wykonało kilka połączeń do innej grupy telefonów, która znajdowała się 2 kilometry dalej. Chwilę potem kamery zarejestrowały jak samochód Mitsubishi Canter (jak się później okazało, wiozący 2 tony silnego środka wybuchowego, heksogenu) rusza w kierunku hotelu Świętego Jerzego. Hariri nie wsiadł jednak do samochodu, bo zauważył znajomych polityków w kawiarni po drugiej stronie ulicy i do nich dołączył. Ponownie odezwały się telefony koło parlamentu, dzwoniąc do telefonów dwa kilometry dalej. Po chwili ciężarówka skręciła w boczną uliczkę i zaparkowała.

Gdy po trzech kwadransach Hariri wsiadł do swojego samochodu odezwały się telefony i Mitsubishi Canter ruszył w dalszą drogę. Jego trasa przebiegała w taki sposób, że po kilkunastu minutach znalazł się na drodze, którą miała jechać kolumna z Haririm. Ciężarówka zwolniła i czekała, aż zacznie ją wyprzedzać limuzyna byłego premiera. Zamachowiec samobójca spóźnił się z detonacją o ułamek sekundy i wysadził ładunek w momencie, gdy mijał go już czwarty pojazd. Siła eksplozji była jednak tak wielka, że Hariri zginął na miejscu wraz z wieloma osobami postronnymi. Po kolumnie pojazdów pozostał ogromny krater i kłębowisko metalu, odłamków szkła i ludzkich ciał.

Trasa pokonana przez oba samochody

Trasa pokonana przez oba samochody

Stacje bazowe i bilingi podstawą śledztwa

Śledztwo ruszyło natychmiast. Po stronie libańskiej kierował nim Wissam Eid, kapitan policji, absolwent informatyki. W roku 2005 wykorzystanie danych sieci telefonii komórkowej nie było standardową ścieżką weryfikowaną przez śledczych. Mimo tego Eid szybko wpadł na pomysł, by sprawdzić informacje zebrane przez dwóch libańskich operatorów telefonii mobilnej. Uzyskał dostęp do bilingów i danych lokalizacyjnych wszystkich stacji bazowych w Bejrucie za 4 miesiące poprzedzające zamach.

Eid przez ponad rok studiował otrzymane zapisy, Sprawdzał wiele hipotez. Analizował połączenia Hariri i jego towarzyszy, lokalizację telefonu podejrzanego Adassa i ruch komórek wokół trasy przejazdu kawalkady z dnia zamachu. Dzięki dobrej intuicji i zmysłowi analitycznemu szybko natrafił na wyraźne ślady organizatorów zamachu. W październiku 2004, zaraz po tym, jak Hariri zrezygnował z funkcji premiera (a przy tym i z 50-sobowej ochrony), w okolicy jego telefonu pojawiło się kilkadziesiąt innych telefonów. Śledziły go wszędzie – gdziekolwiek jechał, zawsze kilka telefonów z tej grupy było w okolicy. W dniu zamachu wszystkie 63 telefony zamilkły i nigdy nie zadzwoniły ponownie.

Miejsce zamachu

Miejsce zamachu

Eid przedstawił swoje odkrycia przełożonym oraz śledczym Narodów Zjednoczonych. W swoich raportach wskazywał na tropy prowadzące do wysokich ranga przywódców Hezbollahu. Organizacja ta dowiedziała się o jego śledztwie i próbowała go nakłonić do modyfikacji zeznań, jednak Eid kontynuował swoją pracę. We wrześniu 2006 w zamachu bombowym ciężko ranny został jego przełożony a sam Eid otrzymał pogróżki. Tymczasem śledztwo Narodów Zjednoczonych stało w miejscu. Co prawda pojawiło się dwóch świadków wskazujących na sprawców w osobach generałów libańskiego wojska, ale szybko odwołali swoje zeznania. Dopiero pod koniec 2007 śledczy ONZ sięgnęli po zapisy sieci telefonii komórkowej. Wynajęli brytyjską firmę, która doszła do podobnych wniosków, co Eid na początku swojego śledztwa. W styczniu 2008 śledczy w końcu spotkali się z Eidem, który przedstawił im częściowo wyniki swoich dużo bardziej zaawansowanych prac. Śledczy byli bardzo zainteresowani kontynuowaniem współpracy. Doszło do jeszcze jednego spotkania, lecz następnego dnia Eid został zamordowany w wybuchu bomby umieszczonej w samochodzie.

Historia przygotowań do zamachu

Dalsze śledztwo skupiło się na analizach bilingów oraz danych o lokalizacji i doprowadziło do odtworzenia przygotowań do zamachu oraz ustalenia jego zleceniodawców. Śledczy ustalili, że zamachowcy działali w kilku oddzielnych grupach. Każda z grup została dla wygody oznaczona innym kolorem. Członkowie każdej grupy komunikowali się telefonicznie jedynie ze swoim liderem, a nigdy między sobą. Szef zielonej grupy miał dwóch zastępców, którzy komunikowali się z nim (ale nie między sobą) i ze swoimi podwładnymi. Nosili także przy sobie telefony innych grup. Grupa zielona składała się z 18 telefonów zakupionych za gotówkę i przy użyciu fałszywych dokumentów w dwóch sklepach w południowym Bejrucie w lipcu i sierpniu 2004. Fałszywe dokumenty nie służyły naciąganiu sieci komórkowej – od września 2004 do maja 2005 ktoś regularnie opłacał gotówką wszystkie rachunki. Łącznie wydano ponad 7 tysięcy dolarów – suma niemała, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że 15 z 18 telefonów było używanych jedynie sporadycznie.

Znaczący wzrost aktywności grupy zaobserwowano we wrześniu 2004, zaraz po tym jak Hariri ogłosił swoja rezygnację ze stanowiska premiera. Gdy 20 października Hariri zakończył pracę premiera, do akcji wkroczyła grupa niebieska. Początkowo liczyła tylko 3 telefony, ale szybko urosła do 15. Te telefony były z kolei przedpłacone, ale ich właściciele także nie liczyli się z kosztami i z reguły nie wydzwaniali dostępnych minut – niewykorzystane saldo wynosiło ponad 4 tysiące dolarów. Zadaniem tej grupy było śledzenie Hariri. Byli wszędzie tam, gdzie on, od momentu złożenia urzędu do końca jego życia. Gdy wylatywał za granicę „odprowadzali go” na lotnisko i „witali” po powrocie do kraju.

Wkrótce do konspiracji dołączyła także grupa żółta, która również zajęła się śledzeniem Hariri wspólnie z grupą niebieską. Podróżowali za nim po całym kraju i na bieżąco zdawali raporty swoim liderom. 25 stycznia 2005 dwa telefony grupy niebieskiej złamały rutynę i udały się do Trypolisu. Ich posiadacze kupili tam ciężarówkę użytą w zamachu. Grupa purpurowa odpowiadała za znalezienie i porwanie wspomnianego na początku artykułu rzekomego sprawcy zamachu oraz za komunikację z mediami. Najważniejsza jednak była grupa czerwona.

Choć zamachowcy zachowywali się tak, jakby nie zdawali sobie możliwości z prześledzenia historii ich zachowania w oparciu o dane telefonii komórkowej, to grupa czerwona włożyła sporo wysiłku w rzucenie podejrzeń na sunnitów z Trypolisu. Osiem telefonów należących do grupy bezpośrednio zaangażowanej w przeprowadzenie zamachu zostało zakupionych na przełomie 2003 i 2004 w Trypolisie. 4 stycznia wszystkie numery zostały aktywowane również w Trypolisie. 12 dni przed zamachem ponownie ktoś odbył kilkudziesięciokilometrową podróż do Trypolisu, by doładować wszystkie telefony. Żaden z telefonów tej grupy nie podróżował nigdy jako włączony do południowego Bejrutu, gdzie znajdowało się dowództwo zamachowców. Grupa czerwona w ostatnich dniach przejęła obowiązki śledzenia Hariri. Tydzień przed zamachem jej telefony pokonały identyczna drogę jak w dniu zamachu. Był to albo „dzień próby”, albo do wybuchu z jakiegoś powodu nie doszło. Tydzień później aktywność grupy była największa w historii i skończyła się jak nożem uciął w momencie wybuchu.

Główni organizatorzy

Akt oskarżenia wymienia pięciu działaczy Hezbollahu, którzy zorganizowali zamach. Jak ustalono ich tożsamość? Wystarczyła ponownie analiza zapisów sieci telefonii komórkowej. Oprócz telefonów operacyjnych każdy z nich nosił przy sobie jeden lub kilka telefonów prywatnych (z czegoś przecież trzeba dzwonić do dziewczyny).

Hassan Habib Merhi w 2003 roku pełnił rolę dowódcy sil specjalnych Hezbollahu w Libanie. W tej operacji był szefem grupy purpurowej. Przez wiele dni trasa telefonu lidera grupy purpurowej w 100% pokrywała się z prywatnym telefonem Mehri, którego numer podał na formularzu zwrotu nadpłaconego podatku. W październiku 2004 Mehri przez pomyłkę zamówił ze swojego operacyjnego telefonu dostawę mebli na swój domowy adres i gdy zorientował się, że dostawca popełnił błąd, z tego samego numeru złożył reklamację. Dodatkowo na protokole dostawy mebli podpisał się osobiście. Wraz z wyżej wymienionymi telefonami podróżował z nim także telefon zielony, służący do kontaktów z innymi grupami.

Salim Jamil Ayyash był szefem jednej z jednostek Hezbollahu i w tej operacji odpowiadał za ciężarówkę z ładunkiem wybuchowym. Korzystał regularnie z 9 komórek – 4 do celów osobistych i 5 numerów operacyjnych. Chyba nosił je w walizce, ponieważ wszystkie numery podróżowały zawsze razem.

Mustafa Amine Badreddine to najcenniejsza „zdobycz” śledczych. Dowódca jednostki 1800, odpowiedzialny za liczne zamachy, w tym atak na amerykańską ambasadę w Kuwejcie w 1983, odbywał wyrok dożywocia w tym kraju lecz w trakcie inwazji Iraku udało mu się uciec z więzienia. Powrócił do Bejrutu, gdzie prowadził podwójne życie. Jego alter ego to Sami Issa, playboy w Mercedesie i ciemnych okularach i posiadacz 13 telefonów komórkowych (musieli śmiesznie wyglądać z tymi walizkami, bo chyba nie nosili kamizelek wędkarskich). Najwyraźniej zarządzanie podwójnym życiem sprawiało mu problemy – czasem z telefonów Issy dzwonił do rodziny Badreddine (w tym ponad 2 tysiące razy do swojej siostry), na telefonach Issy odbierał życzenia urodzinowe w tym samym dniu, w którym urodziny obchodził Badreddine a telefony Issy dzwoniły do Arabii Saudyjskiej gdy akurat przebywała tam żona i syn Baddredina. Dwa z jego telefonów podróżowały po Libanie w idealnej synchronizacji z telefonem dowódcy całej operacji zamachu na Hariri.

Oskarżeni nie zamierzają pojawić się przed trybunałem – chwilowo zniknęli z pola widzenia lub zmienili tożsamość. Ich osądzenie i prawdopodobne wyroki skazująca nie będą zatem wielkim sukcesem wymiaru sprawiedliwości, jednak będzie to jeden z nielicznych przykładów próby odnalezienia sprawiedliwości po ataku terrorystycznym na Bliskim Wschodzie i ważny symboliczny moment dla rodzin ofiar oraz rannych w zamachu. Z kolei dla Hezbollahu śledztwo ONZ stanowi ważną nauczkę, by nie korzystać z publicznej sieci telefonicznej. Organizacja krótko po tych wydarzeniach znacząco rozwinęła swoją własną sieć telefoniczną, ale to temat na osobną historię.

Źródło: New York Times