24.02.2018 | 18:53

avatar

Agnieszka Wesołowska

Bez broni, nienawiści i przemocy – najpiękniejszy skok świata

W studio fotograficznym Spaggiari wykonywano portrety klientów pobliskiego banku. Właściciel wiódł uporządkowane życie po epizodzie w Legii Cudzoziemskiej i OAS. „Uśmiech, proszę”. Otwarcie, przerwa na déjeuner, zamknięcie. Boże, co za nuda.

Podkop z miejskich kanałów, niezwykle udany rabunek, spektakularna ucieczka, dobrze ukryty łup i lojalność wobec wspólników – ta historia ma wszystko, co niezbędne w dobrym scenariuszu. Albert urodził się przed II Wojną Światową na Lazurowym Wybrzeżu. Tata sklepikarz, południe Francji – wojna specjalnie nie dotknęła chłopaka. Identyczne dni przy rodzinnym sklepiku, obiad w niedzielę, spacery. Albert kipiał energią i ściągał spojrzenia panien na wydaniu. Pewnie syn sklepikarza mógł liczyć na życzliwość tej czy owej miłej dziewczyny, ale on nie chciał miłych dziewczyn. Chciał takiej, która byłaby warta, by dla niej księżyc kraść.

Legionista

Mówi się, że w pierwszym napadzie wziął udział właśnie dlatego, by ukraść diamentową kolię dla swojej wybranki. Nie mamy pewności, czy to prawda, wiemy jednak, że Albertowi zaczęło się palić pod nogami i trzeba było czym prędzej pozbyć się wizji policjantów aresztujących tego miłego, młodego chłopca wprost z szanowanego sklepikarskiego domu. „Czegośmy doczekali, ma cherie, tyle lat ciężkiej pracy na nic! Panie władzo, on od dziś nie ma wstępu do tego domu!”. Albert nie czekał na cały ten cyrk. Legia czekała na takich jak on – uciekinierów, przestępców, energicznych chłopaczków z niejasną przeszłością. Legia każdego nauczy francuskiego oraz tego, jak maszerować. Legia nauczy francuskiego nawet tych, którzy znają ten język od urodzenia. A potem będą strzelać, skakać ze spadochronem i unieszkodliwiać przeciwnika na polu walki.

Albert przetrwał unitarkę, a wojsko zrobiło z niego przyzwoitego człowieka, który słuchał rozkazów i robił co do niego należało. Trwała wojna w Indochinach, szeregowy Spaggiari został tam wysłany do walki. Był wyszkolonym spadochroniarzem, co radzę zapamiętać, bo będzie to ważne w dalszym ciągu opowieści. Indochiny to nie było dobre miejsce dla Alberta. W pełnej zabawnych zwrotów akcji historii zuchwałego rabusia Indochiny są brzydkim wyjątkiem – to czas strachu, nienawiści i śmierci. Nikt wtedy w Indochinach nie był zuchwały ani odważny. Umierali towarzysze broni, umierali zabijani przez nich tubylcy, partyzanci, cywile, starcy, kobiety, dzieci. Albert wiele lat później miał okazję opisać tę zapomnianą, niepotrzebną nikomu wojnę, składając wyjątkowe świadectwo tego, co przeżył.

Komandos

Społeczeństwo francuskie nie chciało Indochin, rozlewu krwi i ofiar. Wietnam, Laos i Kambodża były daleko. Ale odzyskująca właśnie niepodległość Algeria była blisko i społeczeństwo miało do niej zupełnie inny stosunek, więc dla weteranów z Indochin znalazło się szybko zajęcie. Dla Alberta też. Spaggiari został zwerbowany przez OAS, Organisation de l’Armée Secrète, organizacji, której celem było ocalić kolonialną potęgę Francji. Przeoczyłabym – do organizacji terrorystycznej. Albert, chłopak, który chciał ukraść skarb dla ukochanej, dobry żołnierz, był zaangażowany w działalność terrorystyczną. Po rozbiciu OAS Albert odsiedział za to kilka lat.

Opuścił więzienie. Przeniósł się do Nicei. Otworzył miły, mały zakładzik fotograficzny i wykonywał setki zdjęć na zlecenie mieszkańców miasta. Rodziny z dziećmi, szacowni obywatele, uśmiechnięte damy w etolach z lisa. Bywało, że do zakładu przychodzili klienci ustrojeni w wyjątkowo elegancką, drogą biżuterię, niewiasty z wdziękiem dotykały klejnotów błyskających na szyi, messieurs od niechcenia eksponowali sygnety. Umiejscowienie zakładu w centrum Nicei zapewniało doskonałą klientelę, a część z niej z zakładu szła do pobliskiego banku, by oddać biżuterię do skrytek. Société Générale to jeden z największych i najstarszych banków Francji, instytucja nader zacna, gwarantująca bezpieczeństwo rodzinnych skarbów nicejskich mieszczan. Były tam konta osobiste, firmowe, lokaty, depozyty i – oczywiście – skrytki bankowe, w których można było trzymać, co tylko kto chciał – tajne dokumenty, niewygodne zdjęcia czy rodowe precjoza, takie jak biżuteria czy zegarki.

Dla narwańca, który przeszedł wojnę, który zabijał i widział śmierć towarzyszy broni, dla człowieka, który siedział w więzieniu, wyregulowany świat właściciela zakładu fotograficznego był gorszy od garotty. „Czułem się jak truchło” powiedział po latach. „Pani pozwoli, madame, proszę o uśmiech, monsieur, niech was szlag trafi, mes amis” – z tego koszmarnego snu trzeba się wreszcie było obudzić. Więc Albert nastawił budzik. Zrobił to wiosną 1976 roku.

Budzik

Właściciel zakładu fotograficznego musi mieć konto. A ponieważ dobrze zarabia, ma też kilka cennych przedmiotów i musi wynająć skrytkę, by je przechować. Pracownicy Société Générale nie wnikają w to, co kto trzyma w depozycie. Klient wchodzi do odosobnionego pomieszczenia i sam wkłada to co dlań cenne do specjalnej skrzynki. Albert Spaggiari włożył do niej budzik. Budzik ten miał dlań wielkie znaczenie i nigdy w życiu nie chciałby utracić z nim kontroli. Budzik był nakręcony. Alarm został ustawiony na północ – godzinę, w której bank nie pracował, a żadne osoby nie znajdowały się w skarbcu. Dzwonek był tak dobry, że dźwięk przenikał ściany skarbca i rozchodził się po znajdującym się niedaleko systemie kanalizacyjnym.

Dziwny pan Spaggiari, komu potrzebny budzik, którego dźwięk słyszany jest w kanałach?

Legia i OAS nauczyły Alberta, że jeśli podejmuje się działanie, należy działać bez ociągania się. Rozciąganie planu w czasie niesie ryzyko – wspólnicy mogą się rozmyślić, sypnąć, pech może się przytrafić, a sprzęt zawieść. Kanały usytuowane było głęboko pod ziemią, oczywiście również niedaleko podziemnej części monumentalnego skarbca bankowego. Do skarbca było tylko jedno wejście – właz, który można było otworzyć tylko przez dwie osoby na raz, obie dysponujące unikalnymi kluczami, które należało jednocześnie przekręcić. Skarbiec zbudowany był z litego betonu, podziemne ściany miały prawie 2 m grubości. Za ścianami płynęły śmierdzące ścieki Nicei, powoli przemieszczające się w szerokich kanałach kanalizacyjnych.

Kanalarz

Do kanałów zeszło prawdopodobnie 15 osób. Byli to ludzie zrekrutowani dzięki kontaktom Alberta z OAS i z mafią korsykańską. Zdyscyplinowani, wyszkoleni, sprawni i całkowicie nierzucający się w oczy. Przez dwa miesiące schodzili do kanałów, by nasłuchując dźwięku budzika, kopać tunel z kanału do ściany banku. Przekopali i przekuli starannie 8 metrów. Przekuli także 180 cm betonu. Upewniali się, że są w dobrym miejscu, ponieważ przeraźliwy dźwięk budzika rozlegał się regularnie każdego wieczora. Pan fotograf co kilka dni zaglądał do swojej skrytki i nakręcał budzik. Budzik pozwolił kanalarzom zorientować się w jeszcze jednej kwestii – skarbiec w środku nie był w żaden sposób nadzorowany. Podobno planowano „w najbliższym czasie”, połączyć odpowiednie instalacje z systemem alarmowym w posterunku policji, ale póki co Société Générale tak bardzo ufało grubości ścian i szczelności zamków, że nie zainstalowało kamer ani mikrofonów w skarbcu. W zamkniętym szczelnie pomieszczeniu można było każdej nocy urządzać bal ze striptizem i żonglerami, a i tak nikt by się nie zorientował, że coś się tam dzieje.

Więc gdy w wieczór poprzedzający upalny czerwcowy weekend 1976 do wnętrza skarbca wpadły pierwsze centymetry rozwiercanego z łomotem betonu – nie stało się nic. Skrytki czekały w spokoju, aby trzynastu mężczyzn w ubraniach roboczych przedarło się przez dziurę w ścianie. Biżuteria, zegarki, dokumenty, banknoty – to wszystko grzecznie czekało na swoich nowych właścicieli.

Włamywacze mieli mnóstwo czasu, nieniepokojeni przez nikogo opróżniali skrytki metodycznie przez całą niedzielę. Opróżnili ich tylko 371 z 4000 – niepozorne skrytki stawiały włamywaczom dużo większy opór niż można się było spodziewać. Albert drogą przez kanał wtargał z wysiłkiem do wnętrza banku kilka butelek wina, kryształowe kieliszki i najlepsze pasztety. Chłopaki mieli naprawdę ubaw z tego co zrobili. Na pożegnanie zostawili pakiecik kompromitujących zdjęć, takie miłe społeczeństwu porno ze znanymi osobistościami. Były amatorskie, pewnie zrobione na pamiątkę i schowane w jednej ze skrytek. Na ścianie nabazgrany był też krzyż celtycki, znak OAS. I całkiem wbrew temu, z czego znano członków OAS, zostawiono coś jeszcze. Ponoć ten napis osobiście przygotował Albert Spaggiari. „Sans arme, ni haine, ni violence” – bez broni, bez nienawiści, bez przemocy.

Ze skarbca musieli ewakuować się już o 2 rano w niedzielę. Chcieli zostać dłużej, lecz obfite opady w okolicy spowodowały wzrost poziomu wody w kanałach i z obawy przed odcięciem drogi ucieczki prace przerwali wcześniej, niż planowali.

Nieprzytomnie dużo pieniędzy

Poniedziałkowy poranek 19 czerwca przyniósł niedowierzanie, panikę, rozpacz. Urzędnicy bankowi najpierw zapewniali, że „państwa pieniądzom nic się nie stało” i próbowali sforsować stawiające im opór drzwi skarbca. Gdy ekipa wynajętych ślusarzy, używając wiertarek i młotów, otworzyła wejście, przez chwilę panowała martwa cisza. Otwarte skrytki uśmiechały się szeroko niczym szczerbate usta. Pod butami wchodzących zgrzytała biżuteria, gruz, szeleściły papiery.

Bank wydał nerwowe oświadczenie: okradziono tylko 8% skrytek, bowiem okazały się one dla złodziei zbyt solidne, by poradzili sobie z większą ilością. Skradziono majątek szacowany na 10 milionów franków. Bank zrekompensuje straty właścicielom. Bank wdroży nowe zabezpieczenia.

Société Générale rzeczywiście wyciągnęło lekcję z włamania. Oddział w Nicei podzielił się swoimi wnioskami ze wszystkim placówkami. Wzmocniono drzwi, ściany, zwiększono ilość kondygnacji wokół skarbca. Zainstalowano jeden z pierwszych systemów monitoringu video. Wzmocniono ochronę, zintensyfikowano ilość inspekcji. Wdrożono instrukcję dotyczącą wielkości przechowywanej gotówki w banku. Pracownicy banku przeszli drobiazgowe szkolenia w zakresie bezpieczeństwa. Uszczelniono w zasadzie wszystkie procedury, również te, których rabusie z gangu kanalarzy nie naruszyli. Te zasady w dalszym ciągu są stosowane.

Póki co jednak, w dzień po kradzieży, w banku działo się źle. Klienci byli bardzo oburzeni. Oficjalne komunikaty dotyczyły 10 mln franków, ale wkrótce podano, że kwota jest raczej pięć razy większa. Nieoficjalnie do dziś mówi się o dwukrotnie większej skradzionej sumie. Ile to było 50 mln franków w 1976 roku? Średnie wynagrodzenie na początku lat 70. to 3 tys. fr. Średniej klasy lodówka kosztowała ok. 700 fr, kuchenka 400 fr, pralka automatyczna 900 fr. Bagietka kosztowała mniej niż franka, a paczka papierosów około 3 fr.

Innymi słowy gang kanalarzy pod wodzą Alberta Spaggiari zwinął naprawdę bardzo dużo pieniędzy. Według dzisiejszej ich wartości – ok. 30 milionów euro.

Mów wszystko!

Klienci posuwali się nawet do gróźb pod adresem dyrektora banku, a policja miała dwa razy więcej roboty – śledztwo to raz, a ochrona banku to dwa.

A śledztwo nie było łatwe. Najchudszy z policjantów wcisnął się w otwór w ścianie i wszyscy zachodzili w głowę, co za szczury weszły w ten sposób do skarbca. Nie było odcisków palców – po śladach widać było, że włamywaczy musiało być kilku-kilkunastu, ale żaden nie zostawił identyfikowalnych śladów, mimo że na miejscu były butle po acetylenie, palniki, papiery, no i nieszczęsne resztki uczty. Krzyż celtycki, znak OAS, w zasadzie nie mówił nic, we Francji lat 70 byłych członków OAS było łatwiej spotkać niż handlarzy serem. Wprawione w szukaniu sprawców najpospolitszych ponurych przestępstw flicki poszły jak psy w miasto, dociskając kolejnych pijaczków, złodziejaszków, narkomanów, meliniarzy. Nie przebierano w środkach, nikt nie przejmował się, czy któryś z przyciśniętych za bardzo parszywców złoży skargę. Pff, skargę!

Policjanci dowiedzieli się w ten sposób paru interesujących rzeczy, ale nie o napadzie. Napuszczenie na temat dziennikarzy nic nie pomogło. Każdy miał teorię, ale nikt nie miał żadnych wskazówek. Anonimowy donosiciel obiecał pakiet cennych informacji w zamian za milion franków po dostarczeniu nazwisk włamywaczy i drugi milion po aresztowaniach. Podał inicjały głównego organizatora – AS. A potem zniknął. Policjanci otrzymali polecenie, by nie lekceważyć żadnych sygnałów, nawet takich, które mogły oznaczać, że jakiś czcigodny pan domu ma kochankę. Dlatego, gdy przyszedł sygnał, że czyjś mąż, doglądający dom przyjaciela, pod nieobecność tego przyjaciela, zapodział klucze od owego domu i że jego żona martwi się, że może ma miejsce włamanie – policja sprawdziła wskazaną nieruchomość (za zwyczaj takie sygnały oznaczają, że żona jest pewna, że mąż zabawia się właśnie z jakąś babą i chce im solidnie dokopać). Wszystko wydawało się ok – w willi byli mężczyźni, którzy byli upoważnieni do przebywania tam. Spokój, cisza – ale o co chodzi, panie władzo? Skołowani policjanci dla pewności spisali wszystkich i pożegnali się.

Willa była na uboczu, blisko Nicei, właściciele na wyjeździe… Policjanci wrócili na miejsce. Dom znów stał pusty i to pozwoliło starannie go przeszukać. Butle z acetylenem. Rękawice robocze. Drobny sprzęt. Plus dane spisanych mężczyzn. WRESZCIE COŚ! W tym czasie dwie nieostrożne panny z Nicei puściły parę – jedna twierdziła, że jej chłopak chyba brał udział w napadzie, a druga zastanawiała się głośno wśród przyjaciół, skąd jej luby ma tyle pieniędzy, bo wcześniej jakoś groszem nie śmierdział. Do października wytypowano 35 podejrzanych. Ostatecznie w wyniku śledztwa dwóch z nich podało nazwisko człowieka o inicjałach „AS”: Albert Spaggiari.

Albert, mimo że zaczął swoje życie od napadu, uciekał przed sprawiedliwością do Legii i siedział za powiązania z OAS, był jedną z ostatnich osób, którą ktokolwiek mógłby podejrzewać o napad na bank. Był szanowanym członkiem społeczności, obracał się w tzw. towarzystwie, towarzyszył nawet burmistrzowi Nicei w jego oficjalnej podróży do Japonii! Zaś w ostatnim czasie jego hobby była hodowla kurcząt. Na wsi.

Albert, aresztowany i przesłuchiwany, tylko się uśmiechał. Był twardszy niż ktokolwiek mógł to sobie wyobrazić. Nie ruszały go wrzaski, manipulacje ani przemoc. Ruszyło go, gdy śledczy zagrozili, że wsadzą do więzienia jego żonę. Potrafił jednak zeznać tylko tyle, by śledczy karmili się ochłapami nieistotnych informacji. Spaggiari mówił to, co w zasadzie było już wiadome. Podawał nieweryfikowalne szczegóły techniczne, pokazał, przez który właz dostał się do kanalizacji. W zasadzie nawet informacja, że tunel kopali przez prawie trzy miesiące była bezużyteczna.

Media gorączkowały się. Zdjęcia Alberta umieszczała każda przyzwoita gazeta. Albert był drobny, zwinny, zawsze uśmiechnięty, często trzymał w zębach cygaro. W ciemnych okularach wydawał się przystojny niczym gwiazda amerykańskich filmów. Gdy rozpoczął się proces pod sądem kłębiły się tłumy, co nie ułatwiało pracy sfrustrowanym policjantom.

10 marca Spaggiari obiecał, że pokaże sędziemu listę nazwisk swoich wspólników oraz osób z OAS, zaangażowanych w organizację przestępstwa. Poprosił też o wyjście strażników, gdyż ujawniane przez niego informacje miały mieć wielką wagę. Na sali sądowej wyciągnął listę niezbyt czytelnych bazgrołów. Sędzia pochylił się, próbując coś odczytać. „Wysoki sądzie” rzekł Albert, „proszę mi pozwolić pomóc sobie odczytać nazwiska”. Sędzia skinął głową.

Albert wyszedł z ławy oskarżonych i przeszedł w kierunku sędziego.

Minął sędziego.

Skoczył do okna.

Otworzył je.

Zeskoczył.

Trzy piętra w dół.

Był spadochroniarzem, pamiętacie? Drobnym, zwinnym, sprężystym i wyszkolonym do działania w warunkach ekstremalnych. Po prostu zeskoczył na dach przypadkowo zaparkowanego samochodu, podbiegł do czekającego nań motocykla i odjechał.

I już

Pewnie jesteście ciekawi, co się z Albertem stało. Jego historia po napadzie jest znana – uciekł do Ameryki Południowej, przeszedł nieco zmieniającą go operację plastyczną i posługując się fałszywymi dokumentami często wizytował Europę. Chętnie udzielał wywiadów, do których oklejał się ze śmiechem w fałszywy zarost i peruki. Napisał książkę o napadzie, a potem kilka kolejnych. No i nigdy nie zdradził ani swoich wspólników ani tego, co stało się z pieniędzmi. 50 do 100 milionów franków w złocie, biżuterii, papierach wartościowych i gotówce zniknęło jak sen złoty. Albert zmarł na raka krtani mając 57 lat. Jego grób można odwiedzić w jego rodzinnej miejscowości.

Niech mu ziemia lekką będzie. Sans haine, monsieur Albert.

Źródła: 1, 2, 3, 4, 5, 6

Film fabularny o Albercie (tylko wersja francuska) do obejrzenia na Youtube (prywatnie nie polecam, 4/10, ale co kto lubi).

Posłuchaj na żywo
Od tej historii często rozpoczynamy nasze wykłady edukacyjne dla pracowników – a potem jest jeszcze ciekawiej. Jeśli chcesz posłuchać – wystarczy, że zaprosisz nas do swojej firmy.

 

Powrót

Komentarze

  • avatar
    2018.02.24 22:01 kordi

    Antyrządowe artykuły zrozumiem, antyamerykańskie też, ale antyprzemocowe? Tyle lewackiej propagandy nie zniosę, żegnam z3s.

    Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 12:05 John Sharkrat

      No i krzyżyk na drogę.

      Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 12:15 hoek

      aaaaaaaaahahahaha ahhahaha ahaahahahahha ahahahahahahaha hahhahahahaha

      Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 14:36 maslan

      Jeśli to napisałeś na serio, to i tak zbyt trudne intelektualnie miejsce to było jak na ciebie

      Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 15:43 Wujek Pawel

      Wracaj na Onet.

      Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 20:46 Duży Pies

      @up all
      Żałosny komentarz i/lub żałosna prowokacja.
      Nie odpisujcie trollowi!

      Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.24 23:12 marek

    Kolejna dobra lektura.

    Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 01:10 Jan

    Dzięki, znakomicie się czytało! Aga, świetna robota ;)

    Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 13:25 Duży Pies

    Pani Agnieszko, na kanwie prawdziwej historii nakręcono w 2008 roku „Angielską robotę („The Bank Job”) – film oparty na prawdziwych wydarzeniach przedstawiających kulisy legendarnego napadu na londyński bank przy Baker Street z 1971 roku http://www.filmweb.pl/film/Angielska+robota-2008-402798
    .
    Jeśli się Pani chce, można zrobić z tego ciekawy artykuł.
    .
    A jeśli chodzi o nasze polskie podwórko, to proponuję pogrzebać i napisać o poszukiwanym Grzegorzu Łuczaku, wiceprezesie firmy ochroniarskiej, zamieszanym w kradzież 8 milionów http://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,22074720,poszukiwany-za-udzial-w-rabunku-8-mln-zl-udziela-wywiadu-wyjechalem.html
    Jest to temat ciekawy dla bezpieczników, bo Policja namierzyła sprawców także dzięki błędowi jaki popełnili w cybersferze.

    Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 18:09 starszy oborowy

      Płacić za telefony wykorzystywane do kradzieży za pomocą jakiejś zarejestrowanej karty rabatowej to debilzm a nie błąd.

      Odpowiedz
      • avatar
        2018.02.25 20:44 Duży Pies

        Akurat „debilizm” złodziei to lepsze Psiarni która nie pogardzi żadnym „debilizmem” przestępcy-przygłupa. I tak trzymać!

        Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.25 23:34 Jan

      Łuczak to pikus. Zdzisław Najmrodzki to dopiero byl gieroj.

      Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.26 10:11 Agnieszka Wesołowska

      Lista interesujących tematów wydłuża się i puchnie :)

      Odpowiedz
      • avatar
        2018.02.26 11:38 Gregor

        Dzięki Pani, lista osób odwiedzających z3s również wydłuża się i puchnie :)

        Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 13:35 wer

    Odniosłem być może mylne wrażenie, że autor podziwia tego złodzieja. Trochę to niepokojące.

    Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.26 11:13 Agnieszka Wesołowska

      Moim zadaniem jest pozostawianie niepokoju i niepewności :)

      Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 19:34 R.

    „Chętnie udzielał wywiadów, do których oklejał się ze śmiechem w fałszywy zarost i peruki.”
    – co oznacza, ze znalazl w skrytkach haki na wysoko postawione osoby, dlatego byl nietyklany.

    „Albert zmarł na raka krtani mając 57 lat” – jednak nie do konca jak widac.

    Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 19:51 straszydlo

    o tym napadzie zrobiono film, dawno dawno temu byl w polskiej tv
    Les égouts du paradis

    Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.25 20:49 dp

    Jak się mówi „troll” po francuzku? Lethol?

    Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.28 19:23 Agnieszka Wesołowska

      Przepraszam, jakoś przeoczyłam ten komentarz: un troll, a trollować to faire le troll.

      Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.26 07:37 Filą

    Lubię tę nową serię artykułów i chcę więcej!

    Odpowiedz
  • avatar
    2018.02.27 20:16 Filip

    Fajna lektura :) małe sugestie: „nieniepokojony” piszemy razem, a konstrukcja „, i” to nie w naszym języku.

    Odpowiedz
    • avatar
      2018.02.28 08:41 Agnieszka Wesołowska

      o, dzięki, jedno poprawiłam, ale poprosze o wyjaśnienie o co chodzi z „i” :)

      Odpowiedz
      • avatar
        2018.02.28 10:25 Karol

        Zapewne chodzi o „A potem będą strzelać, skakać ze spadochronem, i unieszkodliwiać przeciwnika na polu walki.” w trzecim akapicie.
        Generalnie przecinków przed „i” się nie stawia, chociaż są wyjątki, np. zdania wtrącone „Adam poszedł do sklepu, który był w pobliżu, i kupił płytę CD” ;)

        Odpowiedz
        • avatar
          2018.02.28 10:28 Agnieszka Wesołowska

          Aaaa, przecineczek się zostawił! I nikt wcześniej nie wychwycił! Skandal :)

          Odpowiedz
  • avatar
    2018.03.07 16:53 Kamil

    Bardzo fajcie się czytało i tylko jednej rzeczy mi brakuje w podsumowaniu, nawiązania do do opisywanego w innym wątku Z3S ataku side channel (i tu i tu do ataku wykorzystano coś, co „mierzy czas”). :-)

    Odpowiedz

Zostaw odpowiedź

Jeśli chcesz zwrócić uwagę na literówkę lub inny błąd techniczny, zapraszamy do formularza kontaktowego. Reagujemy równie szybko.

Bez broni, nienawiści i przemocy – najpiękniejszy skok świata

Komentarze