Posłowie znowu chcą grzebać przy cenzurze internetu

dodał 9 września 2013 o 22:11 w kategorii Prawo  z tagami:
Posłowie znowu chcą grzebać przy cenzurze internetu

Słabe wyniki w sondażach wyborczych można poznać po rosnącej liczbie kontrowersyjnych pomysłów lansowanych przez daną partię. Najwyraźniej nie najlepiej powodzi się Solidarnej Polsce, ponieważ jej posłowie zajęli się internetową pornografią.

Doświadczenia z Rejestrem Stron i Usług Niedozwolonych oraz aferą ACTA najwyraźniej nie nauczyły zbyt wiele naszych polityków. Prawie wszyscy posłowie Klubu Parlamentarnego Solidarna Polska podpisali się pod wniesionym 29 lipca tego roku projektem uchwały, wzywającej Ministra Administracji i Cyfryzacji do zagwarantowania rodzicom prawa do Internetu bez pornografii. Już za trzy dni odbędzie się posiedzenie sejmowej Komisji ds. Administracji i Cyfryzacji, podczas której odbędzie się pierwsze czytanie tego cudownego projektu, zatem przyjrzyjmy się, co szykują nam posłowie.

Dwa łyki statystyki

Posłowie zaczynają od inwokacji, tzn. wstępu. Możemy tam wyczytać, że pornografia stanowi nawet 30% całego ruchu w internecie, a zetknęło się z nią aż 67% nastolatków. Ciekawe to dane – my powiedzielibyśmy na ich podstawie, że z niezrozumiałych powodów z pornografią w internecie nie zetknęło się aż 33% nastolatków – to bardzo dobra nowina. Posłowie są jednak innego zdania.

Z uzasadnienia dowiadujemy się także, że

dotychczasowe rozwiązania techniczne, w tym programy kontroli rodzicielskiej,
okazują się nieskuteczne, gdyż wymagają od rodziców wiedzy informatycznej a także są odpłatne, a w efekcie nie są powszechnie stosowane.

To bardzo ciekawa teoria. Wiedza informatyczna zapewne oznacza konieczność dwukrotnego kliknięcia na pliku .exe i odpowiedzenia na kilka pytań. A że programy są płatne? Jest wiele płatnych programów w sieci i jakoś nikt nie robi z tego wielkiego problemu.

Możemy tam także wyczytać, jak można zdefiniować bezpieczne korzystanie z internetu:

w chwili obecnej rodzice pozbawieni są możliwości zapewnienia swoim dzieciom
bezpiecznego korzystania z Internetu, to jest Internetu bez pornografii

Pominiemy już drobny błąd logiczny – skoro istnieją rozwiązania techniczne, to czemu rodzice pozbawieni są możliwości skorzystania z nich?

Kto rozwiąże ten problem i za wszystko zapłaci?

Treść samej uchwały jest krótka. Po pierwsze, dostawca usługi internetowej powinien opracować skuteczny filtr. Po drugie, powinien zrobić to za własne pieniądze. A po trzecie powinien umożliwić rodzicom jego aktywowanie. Kto za to zapłaci? W uzasadnieniu czytamy, że:

Projektodawcy nie dopatrzyli się skutków gospodarczych.

Oznacza to, że rozwiązania techniczne, umożliwiające odróżnienie klienta, który chce skorzystać z blokady od klienta, który woli pooglądać porno, spadną dostawcom internetu z nieba wraz z rejestrem stron do zablokowania. O kosztach wdrożenia już nie mówiąc.

Cenzura? Jaka cenzura?

Ewentualne zarzuty o próbę cenzurowania sieci autorzy projektu obalają śmiałą konstrukcją:

Aby ochronić swoje dzieci przed deprawacją w internecie, polscy rodzice powinni
mieć prawo żądania od dostawcy usług internetowych, by zablokował możliwość
przesyłania treści pornograficznych. W ten sposób istnieć będzie możliwość
ochrony dzieci przed łatwym dostępem do pornografii, unikając cenzurowania treści
i zachowując wolność dostępu do internetu.

Dostawca ma na żądanie zablokować, ale przecież nie mówimy o żadnej cenzurze. To proste.

Drobne problemy z wdrożeniem

Gdyby z powodu ogólnego zaćmienia umysłowego projekt uchwały został uchwalony, a MAiC wbrew zdrowemu rozsądkowi postanowił zmaterializować cele przyświecające posłom w formie ustawy, dostawcy internetu stanęliby przed kilkoma problemami.

Do tej pory opracowano kilka systemów blokady internetowych treści, jednak większość ich implementacji obarczona jest błędami. Systemy te z reguły albo blokują za mało, albo za dużo. Badania wykazują, że filtr blokujący 91% treści niepożądanych blokuje jednocześnie 23% stron niewinnych. Z kolei filtr, który nie blokuje stron niewinnych, blokuje jedynie ok. 40% stron pornograficznych. Nawet jednak przy założeniu, że filtr blokuje skutecznie tylko strony niepożądane, jego ominięcie nie będzie problemem dla średnio uzdolnionego gimnazjalisty. Tysiące darmowych serwerów proxy tylko czekają na nowych użytkowników, o sieci TOR nie wspominając. Co prawda zawsze można zastosować „wariant chiński” i zablokować wszystko, ale chyba nie tego oczekują autorzy projektu (chyba?).

Selektywne blokowanie dostępu do treści pornograficznych na poziomie operatora usługi internetowej także nie wydaje się być trafionym pomysłem. Po pierwsze, w przeciwieństwie do systemów kontroli rodzicielskiej instalowanych na komputerze, tego typu mechanizm nie może być łatwo włączany i wyłączany (operator usługi może np. nie przyjmować telefonów po godzinie 22). W przypadku, gdy z internetu w domu korzysta nie tylko dziecko, być może rodzice od czasu do czasu lubią zajrzeć na strony o zabarwieniu erotycznym a każdorazowe proszenie o to dostawcy sieci brzmi kuriozalnie. Nie wspominamy już o problemie, gdy matka dziecka prosi ojca o zablokowanie dostępu do stron porno, a ojciec niekoniecznie chce się przyznać, co robi przy komputerze, kiedy już cała rodzina idzie spać…

Osobnym problemem jest także zdefiniowanie katalogu treści zakazanych. Co jest pornografią? Kto powoła eksperta, oceniającego każdą stronę pod kątem tego, czy spełnia definicję czy nie? A nawet jeśli taka definicja powstanie, to kto będzie prowadził rejestr stron, które mają zostać zablokowane i kto będzie go na bieżąco aktualizował? Kto będzie rozstrzygał spory, czy strona promująca karmienie piersią jest pornografią, czy nie? Albo podręcznik do edukacji seksualnej? Ten trudny temat autorzy projektu ominęli szerokim łukiem.

Jak widać, gdy Beata Kempa i Arkadiusz Mularczyk biorą się do regulowania internetu, nie może się to dobrze skończyć. Pozostaje mieć nadzieję, że projekt uchwały skończy tam, gdzie jego miejsce – w archiwum pomysłów kuriozalnych.