Wiara czyni cuda, czyli oszustwa z religią w tle (lub na pierwszym planie)

dodał 7 sierpnia 2018 o 07:55 w kategorii Prawo  z tagami:
Wiara czyni cuda, czyli oszustwa z religią w tle (lub na pierwszym planie)

Jaka jest różnica między oszustwem a przewałem? Świństwo w majestacie prawa może być legalne, a sprawianie, że pieniądze znikają wbrew zadeklarowanym celom, to przestępstwo? A jeśli za którąś z tych działalności stoi jakiś związek wyznaniowy?

Na zajęciach z prawa karnego profesor rzuca zadanie do rozwiązania: dwaj panowie w restauracji jedzą obiad. Jeden z nich zostawia przy nakryciu napiwek. Po chwili drugi przesuwa ten napiwek pod swój talerz, rozgląda się i wychodzi. Jak zakwalifikować taki czyn? „To kradzież” – mówią studenci. „Ależ skąd – oponuje profesor – drugi pan nie przywłaszczył sobie pieniędzy”. „Zatem oszustwo”. „Nie, ten pan nie twierdził, że pieniądze należą do niego”. Studenci głowią się coraz bardziej. „To jest, drodzy państwo, świństwo. Ale legalne” – uśmiecha się profesor.

I tak właśnie bywa z czynami, które świadkowie z oburzeniem nazywają oszustwem – może się okazać, że mamy do czynienia ze świństwem, z przewałem, a nawet z bezczelnością – ale w ramach obowiązującego prawa lub za pełną zgodą oszukiwanych. Dlatego ciężkie do zdefiniowania, a wątpliwe moralnie czyny popełniane przez osoby powiązane z instytucjami, które winny stać na straży moralności, budzą wiele kontrowersji. Jednak według definicji Amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd istnieje kategoria oszustw opartych o relacje międzyludzkie.

Oszustwo w oparciu o relacje międzyludzkie dotyczy oszustwa inwestycyjnego, którego celem są członkowie łatwych do zdefiniowania grup, np. religijnych, narodowych, zawodowych czy osoby starsze. Osoby, które dokonują oszustw tego rodzaju, często są członkami takiej grupy lub takowych udają. Bywa, że korzystają z pomocy autorytetów z danej grupy, aby rozpowszechniać informacje o przedsięwzięciu, przekonując ludzi, że oszukańcza inwestycja jest legalna i opłacalna. Bywa też, że owe autorytety stają się nieświadomymi ofiarami takiego działania.

Uważajcie na złotoustych

Był sobie w USA oszust, który odegrał cudowne dziecko biznesu, by potem zrobić giełdowy kant na miliony dolarów. Barry Minkow, bo o nim mowa, zaciągał długi, kokietował mafię, fałszował tysiącami dokumenty, kłamał jak z nut. Ameryka dawała się oszukiwać dość długo, ale w końcu conman trafił za kraty. Minkow znalazł jednak sposób, by po wyjściu z więzienia znów z łatwością oszukiwać ludzi. Spektakularnie nawrócił się, został pastorem, a następnie oszukał Wspólnotowy Kościół Biblijny oraz jego wiernych na ponad 3 miliony dolarów. Oszust nie wahał się przed wyciąganiem od zwykłych ludzi nawet relatywnie niewielkich kwot, a to na pomoc w wychowaniu osieroconej wnuczki, a to na chorych w Sudanie, a to na wartościowe dzieło filmowe.

źródło: https://www.ocregister.com/2009/02/23/ex-con-serves-god-and-fights-fraud/

Minkow nie był ani pierwszą, ani tym bardziej ostatnią osobą, która wiedziała, że na szczytnych ideach zbić można majątek. W wielu religiach świata jałmużna jest sposobem, by zasłużyć sobie na życie wieczyste – zatem, gdy osoba duchowna lub bardzo w świat duchowy zaangażowana wskazuje jakiś szczytny cel, wielu chętnych oddaje swoje pieniądze. Również, gdy ktoś zajmuje się finansami organizacji religijnej, wielu osobom wydaje się, że przez sam fakt pracy dla zacnego podmiotu nie potrzeba drobiazgowej kontroli. Błąd.

Nasze, polskie

W czasie, gdy Minkow szedł do więzienia, w Polsce działał Mirosław Gajewski, prezes Banking Gain Management Consulting Group SA. Dostał on do zarządzania i pomnażania spory majątek, należący do warszawskiej parafii ewangelicko-reformowanej. Parafia w 2007 roku otrzymała z Komisji Majątkowej rekompensatę za mienie utracone w czasach PRL-u. Była to kwota 30 mln zł. Gajewski miał się zająć doradzaniem ewangelikom w zakresie zarządzania tymi pieniędzmi. W 2012 Gazeta Wyborcza ujawniła, że przez 5 lat z 30 mln (około 8 mln euro wg ówczesnego kursu) na koncie parafii zostało 8,5 euro (osiem i pół euro, bez milionów, bez tysięcy). Gajewski prowadził cztery inne, powiązane osobowo lub/i kapitałowo podmioty: Grove Holding z siedzibą w Luksemburgu, Wisent Finance & Investment z siedzibą na Cyprze, Jennings & Hayes Ltd. z siedzibą w Wlk. Brytanii i fundusz BMG SICAV-FIS S.C.A. z siedzibą w Luksemburgu. Umowę z parafią zawarł w 2007, zapewniając usługi doradcze. Wszystkie pieniądze wspólnoty ulokował w obligacjach spółki Grove Holding. Przez kilka lat zapewniał, że środki pracują i przynoszą zyski, a pomnażają je ww. podmioty. Obligacje okazały się jednak tylko pokwitowaniami przyjęcia pieniędzy i nie miały żadnej wartości.

Do 2011 roku umowa została skorygowana 55. aneksami, sprawiając tym samym, że bez wnikliwej analizy fachowej, zrozumienie zakresu umowy w zasadzie nie było możliwe dla strony kościelnej. W praktyce umowa została z czasem sformułowana tak, że całkowicie pozbawiała właścicieli możliwości dysponowania własnymi środkami. Gajewski mógł samodzielnie dokonywać wszelkich operacji na rachunku podmiotu, któremu „doradzał”. Jednak mimo bezczelności wdrożonego przez Gajewskiego rozwiązania dla prokuratury trudne było odpowiednie zakwalifikowanie czynu. Gajewski w zasadzie działał legalnie – otrzymał od parafii pełnomocnictwo, a każda jego czynność była aprobowana przez stronę umowy. Czy parafia miała jakieś pytania i wątpliwości? Podobno tak – Gajewski zaś odpowiadał, że chwilowe kłopoty ze spłatą zobowiązań to wynik załamania rynkowego.

Ewangelicy wykazywali się dużą łatwowiernością, ale w końcu wynajęli wywiadownię gospodarczą celem ustalenia faktów. A fakty były takie, że rzekomo dochodowy Grove Holding miał długu na prawie 30 mln euro, zaś majątek pozostałych spółek to pieniądze warszawskiej parafii. Pełnomocnik prawny wspólnoty w końcu zgłosił zawiadomienie o przestępstwie – oszustwie z jaskrawym nadużyciem zaufania. Ostatecznie prokuratura sporządziła postanowienie o przedstawieniu przedsiębiorcy zarzutu z art. 178 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi: „Kto bez wymaganego zezwolenia lub upoważnienia zawartego w odrębnych przepisach albo nie będąc do tego uprawnionym w inny sposób określony w ustawie, prowadzi działalność w zakresie obrotu instrumentami finansowymi, podlega grzywnie do 5 mln zł”. Gajewski nie zamierzał jednak składać wyjaśnień, a z kolejnych wezwań wymigiwał się zwolnieniami lekarskimi. Przedstawicielom wspólnoty zaś tłumaczył, że nie może oddać pieniędzy, bo sam jest zadłużony na 14 mln euro.

źródło http://warszawa.pr.gov.pl/news/521

Śledztwo wykazało, że Gajewski zadłużony był na 100 mln zł, a działając według powyższego schematu oszukał dodatkowe 58 osób.

Chrześcijanie, uważajcie na oszustów

W lipcu 2017 na listę ostrzeżeń KNF trafiła Chrześcijańska Wspólnota Edukacyjno-Inwestycyjna sp. z o.o. z siedzibą w Rzeszowie. Uzasadnienie – wykonywanie czynności bankowych, w szczególności przyjmowanie wkładów pieniężnych w celu obciążania ich ryzykiem, bez zezwolenia KNF. W zasadzie w Rzeszowie działają dwie spółki o nazwie „Chrześcijańska Wspólnota Edukacyjno-Inwestycyjna”. Jedna z nich to spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, druga – spółka akcyjna. Prezesem akcyjnej jest Kinga Waleń, a prezesem spółki z o.o. Patryk Waleń. Patryk Waleń działa też w innych podmiotachSuper Crowfunding Sp. z o.o. oraz RPSA Sp. z o.o.

Spółka z o.o. prowadziła do niedawna portal kupweksel.pl. Portal już nie działa, ale w sieci zostało sporo informacji na jego temat.

Oto jak miał przynosić zyski inwestorom: platforma miała dawać uczestnikom możliwość kupna i sprzedaży weksli. Wpłata pozwalała na kupno części lub całości weksla. W ciągu doby weksel miał być automatycznie sprzedawany innym chętnym, a kwota ze sprzedaży dzielona między właścicieli. Co dnia miało być sprzedawanych tylko 10 weksli. Gdyby nie było limitów mogłoby się zdarzyć tak, że bardzo duża liczba osób kupiłaby tylko jeden weksel, który miałby wysoką cenę, a inne weksle byłyby stratne” – tak zachęcano do bezpiecznej inwestycji. Były również gwarancje: „Gwarancja jest to kwota gwarantowana przez kupweksel.pl, która będzie wypłacona użytkownikom, gdy cena weksla będzie od niej niższa. Czyli sprzedający mają pewność, że sprzedadzą weksel co najmniej po cenie gwarancji. Wysokość gwarancji wyświetlana jest w danym dniu przy danym wekslu”. Dodatkowo: „Za kupno weksla admin pobiera 5% prowizji. Od poleconego dostaje się 5%. Minimum do wypłaty jest 10 zł na konto bankowe. Prowizja przy wypłacie wynosi 2 zł, a wypłata ma dochodzić w 2 dni robocze”. Całe przedsięwzięcie w rzeczywistości nie miało nic wspólnego ani z wekslami, ani z gwarancjami. Uzyskiwanie zysków przez uczestników przedsięwzięcia było możliwe tylko dzięki naganianiu nowych użytkowników portalu. Ci z początku „inwestycji” zarabiali więcej niż ci, którzy dochodzili później, a ci, którzy trafiali tam jako ostatni, nie zarabiali nic. A co to ma wspólnego z chrześcijaństwem prócz nazwy podmiotu? Być może to, że do inwestycji zachęcano „młodych chrześcijan”, tak jak i dziś zachęca się ich do wykupowania udziałów w „chrześcijańskiej pizzerii”, prowadzonej przez drugą spółkę.

Życie wieczne i zyski. Istna piramida.

Uważajcie, gdzie trafiają wasze dane osobowe

Przedsiębiorcy z Rzeszowa pokazali, że im więcej wiernych, tym lepiej dla przedsięwzięcia. Do takich samych wniosków doszedł ks. Bernt Ivar Eidsvig, biskup Oslo. Od momentu, gdy rozpoczął sprawować funkcję ordynariusza w stolicy Norwegii, norweski kościół katolicki zaczął odnotowywać niesłychaną ilość nawróceń.

Norwegowie nie są religijni. Nie jest prawdą, że nie są wierzący, ale zinstytucjonalizowana praktyka religijna jest im raczej obca. Kościoły różnych wyznań to raczej miejsca aktywności społecznej niż kultu. Parafie mają środki na działalność, ponieważ organizacje wyznaniowe w Norwegii są finansowane przez państwo. Ilu wiernych – tyle datków. Nie trzeba nic wrzucać na tacę, nie trzeba za darmo sprzątać kościoła w każdą sobotę ani podsyłać materiałów budowlanych na remonty – środki na działalność są. Pani pastor z kościoła narodowego w Drammen na pytanie o opłatę za ślub zrobiła wielkie oczy. Znajdujący się dwie ulice dalej kościół katolicki za darmo organizuje lekcje dla dzieci w językach narodowych. Katolicki Caritas w Oslo świadczy usługi doradcze i udziela pomocy socjalnej każdemu potrzebującemu, bez względu na pochodzenie i wyznanie. „Co łaska” za pogrzeb czy chrzciny to praktyka dla Norwegów zupełnie egzotyczna. A jeśli dany Kościół chce zająć się działalnością misjonarską lub z innych powodów uzupełnić budżet, może poprowadzić przedsięwzięcie pół-komercyjne, takie jak Fretex czy NMS Gjenbruk.

Kościół narodowy, Drammen, Norwegia, foto autorka

Zwiększenie się ilości nawróconych za urzędowania biskupa Eidsviga z 47 tysięcy całkowitej ilości norweskich katolików do 140 tysięcy w 8 lat oznaczało, że państwo przekazuje na kościół około 50 milionów koron (~6,5 mln dolarów) więcej niż w poprzednich latach. Problem w tym, że nawet emigranci z krajów określanych jako katolickie i przywiązane do religii niechętnie deklarują się jako członkowie Kościoła i bardzo często zaniedbują procedury rejestracyjnej.

Procedura owa stanowi, by każdy nowy członek Kościoła złożył pisemne oświadczenie (można to zrobić drogą elektroniczną) i podał tam swoje dane personalne. Biskup Eidsvig – jak sam to ujął – stosował „drogę na skróty” – w kurii zapisywano automatycznie osoby pochodzące z krajów z przeważającą liczbą katolików. Czasami z polskimi katolikami kontaktowała się „miła pani z kurii”. Czasami nie.

Z powodu owego „czasem nie” w 2015 norweskie media, a za nimi prokuratura zainteresowały się pieniędzmi płynącymi do kościoła katolickiego. Swobodne gospodarowanie danymi osobowymi osób przebywających w Norwegii, w tym polskich emigrantów, mogło być przypadkiem, pomyłką, jednostkowym zaniedbaniem, ale prokuratura uznała, że jest to wielokrotne, umyślne naruszanie prawa.

Uważajcie na literówki

Codzienna posługa zwyczajnego kapłana w kościele katolickim to żmudna, monotonna praca. Msza poranna, katechezy, administracja, wierni, chorzy, znów msza. Również użeranie się w sprawie remontu dachu, telefon z kurii, pogrzeby, chrzciny, śluby. Niewielu księży ma możliwość wyrwania się poza ten kierat, a kariera w Watykanie to niemal nieosiągalna perspektywa. Ksiądz Bronisław Morawiec z niewielkiej parafii w Wilchwach wyrwał się za swoim biskupem w świat aż do Stolicy Apostolskiej. Studiował, m.in. teologię w Papieskim Uniwersytecie Angelicum, piął się po szczeblach kariery. Od 2016 jest rezydentem w parafii w Żorach, co nie powinno dziwić, bo ksiądz zbliżył się już do wieku emerytalnego.

Dziwi o tyle, że w 2014 ksiądz Morawiec dostał wyrok za malwersacje finansowe, których dopuścił się jako ekonom (czyli skarbnik) rzymskiej bazyliki. Bazylika Matki Boskiej Większej (Santa Maria Maggiore), której majątek kontrolował, posiada – prócz lokowanej w różny sposób gotówki – nieruchomości zakupione z datków wiernych. Morawiec był odpowiedzialny za gospodarowanie tymi dobrami. W 2009 arcybiskup Santos Abril y Castello stwierdził, że polski ksiądz wycofał z konta bazyliki w banku watykańskim znaczną gotówkę. Arcybiskup postanowił dociec, na co i jak zostały przeznaczone te pieniądze. Ksiądz ekonom twierdził, że środki były mu niezbędne do zajęcia się jedną z kościelnych nieruchomości. Arcybiskup zażądał dokumentów potwierdzających transakcję. Morawiec przedstawił je. To, że szwajcarska firma, która miała być stroną transakcji, miała w nazwie literówkę („Swizerland” zamiast „Switzerland”), była oczywiście powodem zdziwienia arcybiskupa Castello i przyczyną, dla której patriarcha uważniej przyjrzał się działaniom skarbnika.

Skończyło się na przekazaniu sprawy do prokuratury watykańskiej. Według prokuratora była to tylko jedna z licznych rażących nieprawidłowości w tej transakcji. Szwajcarska firma nigdy nie istniała. Tylko na tej jednej transakcji Morawiec zarobił 210 tys. euro. Polskie media, powołując się na dziennik La Repubblica, podawały, że nieoficjalnie jednak mówi się o kwocie dziesięciokrotnie większej. Z kolei w secoloditalia.it informowano, że transakcja dotycząca nieruchomości nie jest jedyna, a chodzi o liczne malwersacje, w tym zawyżanie faktur.

Polski ksiądz konsekwentnie wszystkiemu zaprzeczał. W 2016 repubblica.it podawała, że Morawiec pozostał bezkarny – wtedy już zresztą rezydował w Żorach.

Uważajcie… Albo może niech państwo uważa…?

Drążenie wątku oszustw opartych na relacjach międzyludzkich prędzej czy później doprowadzi do analizy historii firm na A (a jak afera), czyli ART-B oraz Amber Gold. Przedsiębiorcy z Amber Gold poświęcili wiele czasu i środków, by zbudować zaufanie do swojego przedsięwzięcia. Katarzyna i Marcin Plichtowie, zanim doprowadzili do sprzeniewierzenia prawie 900 mln zł w 2012 roku, nie żałowali pieniędzy na wspieranie szlachetnych przedsięwzięć. Około 2008 roku ówczesny zakonnik, przeor gdańskiego zgromadzenia dominikanów, Jacek Krzysztofowicz, otrzymał od małżeństwa Plichtów 30 tys. zł na działalność zakonu. Podkreślał, że w tamtych czasach było to niezwykłe i bardzo ujmujące zjawisko, bowiem inni biznesmeni przychodzący z datkami zawsze chcieli w zamian choćby umieszczenia reklamy. Jak cytuje Krzysztofowicza money.pl: „W 2008, 2009 czy 2010 r. nie przypominam sobie, aby ktoś mówił, że Amber Gold to była piramida. To była firma, która była bardzo szanowana„.

Amber Gold już w logo pokazywało, że to firma, dla której liczą się wartości. Złoty znak to karawaka, tzw. krzyż morowy, spełniający rolę amuletu popularnego nie tylko wśród katolików, talizmanu przeciw nieszczęściom i chorobom, wypadkom i zgonom, klątwom, kradzieżom, burzom, piorunom, a nawet bezsenności.

Wartości, jak wiemy, się liczyły, firma bowiem wyłudziła pieniądze od ponad 11 tys. prywatnych osób. Doskonały wizerunek i hojne rozdawanie pieniędzy w szczytnych celach, bywanie w najlepszym towarzystwie i widoczna pobożność Plichtów umożliwiła działanie Amber Gold przez trzy lata, choć KNF ostrzegała przed tym podmiotem już po kilku miesiącach jego działalności. Zamykanie całej afery podsumowaniem, że wszystkiemu winny jest wizerunek dobrych chrześcijan, jest naiwnym uproszczeniem, ale nie można cofnąć się przed wnioskiem, że rozdawnictwo pieniędzy na cele wyznaniowe mogło mieć spory wpływ na to, że Plichtowie przez długi czas prali brudne pieniądze, kradli i oszukiwali swoich klientów oraz państwo.

Sztuka oszustwa

A wspomniana już pierwsza z firm na A, czyli ART-B? Właściciele ART-B, Gąsiorowski i Bagsik, byli dwoma młodymi muzykami, udzielającymi się we wspólnotach chrześcijańskich tak na południu Polski, jak i w Warszawie. Gąsiorowski, początkujący lekarz, i Bagsik, bardziej artysta niż przedsiębiorca, mieli szerokie kontakty w całej Polsce, wielu przyjaciół i nieposzlakowaną opinię. We dwóch w młodej polskiej gospodarce u progu przemian ekonomicznych i ustrojowych, założywszy spółkę, znaleźli perfekcyjną dziurę, która umożliwiała namnażanie pieniędzy. Dziura nazwana została oscylatorem ekonomicznym i z dzisiejszego punktu widzenia nie była niczym innym jak oszustwem, możliwym tylko dlatego, że nie było wystarczającego obiegu informacji w systemie bankowym. Kapitał zakładowy spółki w 1989 roku wyniósł 100 tys. starych złotych (niżej podpisana zarabiała w tym czasie około 140 tys. na stanowisku technicznym na wyższej uczelni). Panowie z ART-B zaczynali od tego, że deponowali w banku X kwotę, którą akurat posiadali i brali z tego banku czek potwierdzony (gwarantowany przez bank) na dowód, że ową kwotę rzeczywiście tam mają. Z tym czekiem udawali się do kolejnego banku, Y, spieniężali, a dalej deponowali go jako gotówkę. Następnie z kolejnym czekiem potwierdzonym udawali się do następnego banku, by powtórzyć całą operację. Procedurę tę powtarzali przez rok, tworząc gigantyczny jak na owe czasy holding 3 tys. spółek, zatrudniających 140 tys. osób i handlujący wszystkim, czym się dało (kawa, herbata, najnowsze telewizory Gold Star, sztuka), w tym – legalnie – bronią.

Jak na tamte czasy państwo polskie zorientowało się, co się dzieje, dość szybko. Śledztwo ruszyło w połowie 1990 roku, ale obaj biznesmeni zdążyli wyjechać z kraju. I tu musimy się zatrzymać w opisywaniu tej afery, bo zamknięcie opowieści o ART-B w kilku akapitach na marginesie tekstu o oszustwach opartych na relacjach byłoby niesprawiedliwością wobec bohaterów afery oraz wobec czytelników – tak wiele jest tu wątków. Ale o jednym, zgodnym z tematem artykułu, napisać trzeba: Bagsik i Gąsiorowski uruchomili przedsięwzięcie, które naraziło skarb państwa na straty i do dziś tłumaczą się, że po prostu działali w granicach ówczesnego prawa. Była możliwość, więc ją wykorzystali. Nikogo nie okradli. Świństwo? A skąd! Pieniądze otrzymywali wszyscy, z którymi współpracowali. Przewał? Może. Oszustwo? Nie. Przestępstwo? Na pewno nie. Państwo polskie pozwoliło, więc działali.

Może mają rację, upierając się wciąż przy swoim, bo za pieniądze, które państwo pozwoliło im zarobić w znaczącej części sfinansowali Operację Most, czyli dwuletnią akcję bezpiecznego tranzytu Żydów z ZSRR (i później Federacji Rosyjskiej) przez Polskę do Izraela.

Ale to temat na osobny artykuł.